niedziela, 30 grudnia 2018

Podsumowane 2018

Mimo że zaniedbałam bloga w tym roku, a zwłaszcza w ostatnich miesiącach, nie mogłam sobie pozwolić na niepodsumowanie minionego roku. Nie mogłam tego pominąć. Dlatego po dość długiej przerwie wracam, aby spojrzeć z boku na 2018.
Dla bloga nie był to udany rok. Najpierw matura, potem rozpoczęcie studiów. Ale muszę przyznać, że brakowało mi pisania dla was. Od zawsze lubiłam usiąść z kawą przed laptopem i zająć głowę czymś innym niż nauką. Zabrakło mi w 2018 na to czasu, co bardzo mnie boli.

W życiu prywatnym można powiedzieć, że działo się wiele, a zarazem nic. Rozpoczęłam 2018 najważniejszą imprezą w życiu - STUDNIÓWKĄ. Była niesamowita. Czułam się jak księżniczka. Ale bajka szybko się skończyła i pieczołowicie trzeba było się zabrać za przygotowania do matury. Stres towarzyszący wchodzeniu na salę był okropny, ale gdy już dostałam arkusz, wszystko odeszło i skupiłam się tylko na zadaniach. Ale stres przy pisemnym nie może się równać ze stresem podczas ustnego. To była masakra. Kręciłam się w kółko przed wejściem, serce waliło mi jak oszalałe, a podczas przemowy, głos mi drżał i z trudem wypowiadałam każde słowo. Na szczęście zdałam wszystko z całkiem zadowalającym wynikiem, ponieważ dostałam się na wszystkie 3 uczelnie, na które złożyłam. Podczas półrocznej przerwy wypoczęłam jak nigdy. Trudno potem było mi się przestawić. W 2018 musiałam opuścić rodzinną miejscowość i przeprowadzić się do dużego miasta. Na szczęście razem z przyjaciółką znalazłyśmy w miarę tanie, ładne i w dobrej lokalizacji mieszkanie. Na uczelnie autobusem jadę 15 minut (ale te okropne autobusy wiecznie się spóźniają, a zwłaszcza numer, którym ja jeżdżę). Poznałam nowych ludzi, nauczyłam się samodzielności. Najgorszą rzeczą związaną ze studiowaniem (dla mnie) jest rozłąka z moim chłopakiem, który na studia dostał się w odległości 200 km ode mnie. Od zawsze byliśmy blisko siebie, a ta kilkuletnia rozłąka bardzo mnie boli i utrudnia funkcjonowanie. Na szczęście każdy weekend spędzamy razem.

No dobra koniec tego monologu. Czas na research bloga.

Aktualnie jest was 409 obserwatorów. Niestety widać moje zaniedbanie, bo przez rok doszło was jedynie 20 osób. Ale nawet za tyle jestem wdzięczna. Co roku rodzinka powoli się rozrasta ♡.
Łączna liczba wyświetleń to 50 000, zatem przez rok doszło 22 600 wyświetleń. Wow. To naprawdę dużo. Postów napisałam jedynie 17. Okropnie mało.
Dziękuję, że ze mną tu jesteście i oby 2019 był dla nas wszystkich lepszym rokiem!


niedziela, 28 października 2018

Mini recenzje #1 | Garnier, Holika Holika, Schwarzkopf

Jest to pierwszy post nowej serii, w której będę pisała krótkie recenzje dotyczące kosmetyków (i nie tylko!), których w ostatnim czasie używałam. Myślę, że taka forma jest lepsza niż jeden post dotyczący jednego kosmetyku, bo czasem nawet nie ma jak się rozpisać. Ja też nie jestem jakąś super ekspertką i chcę raczej przybliżyć wam działanie i moje odczucia związane z danym kosmetykiem na tyle na ile umiem.

1. GARNIER CZYSTA SKÓRA INTENSE



Czyli kolejne 3 w 1 od Garniera, ale tym razem z węglem aktywnym. Jak można zauważyć i o czym pisałam dosyć niedawno, węgiel aktywny jest we wszystkim. Ten produkt ma spełniać role :

  • żelu myjącego
  • peelingu
  • maseczki
Ja osobiście najczęściej używałam tego jako maseczki. To co mnie najbardziej męczyło to zmywanie tego z twarzy, bo cała umywalka po takiej operacji była czarna. Ale opracowałam sprytny sposób na to : zaczęłam po prostu tą maseczkę robić przed wzięciem prysznica i zmywałam ją pod prysznicem. Ogólnie konsystencja tego produktu jest dosyć gęsta, czarna, a ponieważ ma być też peelingiem, zawiera grudki. Jest on przeznaczony dla skóry problematycznej, ze skłonnościami do powstawania wągrów i zaskórników. Moja skóra dobrze na to reaguje. Przynajmniej raz w tygodniu robię sobie taką maseczkę i widzę różnicę. Skóra po maseczce jest zdecydowanie oczyszczona i "świeża". Peeling bardzo dobrze radzi sobie z martwym naskórkiem, bo jest on jednym z przyczyn powstawania "syfków", gdyż pory się przez niego zatykają tworząc stan zapalny. Dlatego pamiętajcie, że najważniejsza jest odpowiednia higiena twarzy, a takie kosmetyki mają nam to ułatwić, ale nic nie zrobią za nas.

2. HOLIKA HOLIKA ALOE



Myślę, że ten żel aloesowy jest większości wam dobrze znany. Ja się w nim zakochałam! Kiedy kupiłam pierwszą tubkę, byłam sceptycznie nastawiona, jednak teraz już wiem, że na jednej się nie skończy. W sumie to już mam dwie wersje : 250 ml i 55 ml. Ten mniejszy jest idealny na wyjazdy, do kosmetyczki się mieści. Każda wersja ma inny "aplikator". Większa jest na zatrzask i ma coś w stylu niekapka, a mniejsza jest po prostu odkręcana. Ta odkręcana, moim zdaniem, jest lepsza, ponieważ łatwiej wymierzyć ile produktu chce się wycisnąć. Żel ma cudowny, świeży zapach aloesu, przyjemną konsystencje. Można go używać do wszystkiego. Ja najczęściej używam na twarz, żeby trochę ją odświeżyć oraz na włosy, a dokładniej na końcówki. Pomaga utrzymać czystą cerę, nawilża buzie i łagodzi podrażnienia. Ja jestem nim zachwycona i go zdecydowanie polecam ❤.

3. SCHWARZKOPF GLISS-KUR HAIR REPAIR



Ostatnio bardzo polubiłam się z dwufazowymi mgiełkami do włosów. Ta, której ostatnio używałam ro ekspresowa odżywka do włosów matowych, łamiących się. Trzeba przyznać, że ma ładne opakowanie, przykuwające uwagę, daje złudzenie holograficznej barwy produktu. Sama mgiełka ma przyjemny zapach i dobrze wpływa na włosy. Ułatwia rozczesywanie, co jest dla mnie istotne, bo chodzę spać w mokrych. Oprócz tego włosy po spryskaniu tą odżywką były miękkie i przyjemne w dotyku a do tego miały taki zdrowy błysk. Jest też dość wydajna, więc to też na plus.

_______________________

INSTAGRAM : KLIK

niedziela, 21 października 2018

Przeprowadzka i studia - pierwsze odczucia

Jak możecie się domyśleć po tytule, 1 października rozpoczęłam życie jako studentka. Z mojego małego, rodzinnego miasteczka przeprowadziłam się do o 200 km oddalonego dużego miasta, w którym rozpoczęłam studia na I roku.
Umówiłam się z przyjaciółką, że razem wynajmiemy mieszkanie, ponieważ bardzo, ale to bardzo nie chciałyśmy mieszkać w akademiku. Udało nam się znaleźć mieszkanie w dobrej lokalizacji, za przystępną cenę i w dobrych warunkach. Pod koniec września musiałam wszystko się spakować do pudeł, nie wiedząc do końca co mi się przyda, a co nie.


Niestety mieszkanie było nie do końca umeblowane. Brakowało szafy i łóżka, dlatego rodzice zgodzili się przewieźć mi sofę z salonu (i tak był planowany remont w salonie i zmiana mebli), toaletkę i kupili mi szafę w Ikei. Wrzuciliśmy wszystko na przyczepkę i ruszyliśmy. Pokój dzięki meblom z domu wydaje się teraz bardziej przytulny. Zeszło się do wieczora aż ostatecznie ogarnęliśmy mój nowy pokój. Całkiem szybko się w nim zaklimatyzowałam.



Jak widać, było trochę sprzątania, ale pomógł mi mój niezawodny chłopak. Musiałyśmy też przed definitywnym zamieszkaniem, zrobić z przyjaciółką generalne sprzątanie. Mimo że mieszkanie samo w sobie było przyjemne, to brud, który zostawili po sobie poprzedni lokatorzy był niesamowity. Nie mogłyśmy domyć niektórych rzeczy, a ściany są zabrudzone chyba w każdym miejscu.

Po już trzech tygodniach studiowania mogę śmiało powiedzieć, że mieszkanie jest bardzo ważnym elementem. Koleżanka z kierunku zamieszkała w akademiku i ma bardzo złe odczucia. Kiedy jest się daleko od domu, warto mieć taki swój mały kąt, chociaż pokój, a w akademiku mieszkają nawet po 3/4 osoby w pokoju. Ja bym tak nie mogła, ale każdy jest inny. Wracając po uczelni do mieszkania czuję ulgę. Mam ciszę i spokój, czuję się swobodnie, zwłaszcza mieszkając z przyjaciółką.

Myślę, że jeszcze u mnie traficie nie raz na posty o studiowaniu, studiach i życiu studenckim, dlatego jak macie pytania, śmiało piszcie!
____________________________

INSTAGRAM : KLIK


niedziela, 7 października 2018

Maseczki na tkaninie | Selfie Project

Ostatnio maseczki na tkaninie zaczęły być bardzo lubiane. Na rynku są teraz przeróżne, najczęściej z rysunkiem zwierzątek. Niestety zazwyczaj jedna taka maska kosztuje około 10 zł, co według mnie jest stanowczo za dużo. Ja skusiłam się na te z Selfie Project, które kupiłam w Rossmannie. Każde zwierzątko ma inne składniki i inaczej działa. Są do wyboru


  • #CoolKoala - łagodząca
  • #BravePanda - oczyszczająca
  • #LuckySeal - nawilżająca
  • #WildTiger - wygładzająca



Każda z tych masek mi podpasowała. Nadruki są wyraźne i kolorowe, a każda pojedyncza maska ma swój własny, ładny zapach. Nie mają dużo płynu w saszetce, ale dzięki temu nie spływał po twarzy, płaty są idealnie zwilżone. Nie zsuwają się i przylegają do twarzy. Efekty każdej maski są widoczne i myślę, że to jest najważniejsze. Spełniają swoją rolę. 



Moją ulubioną jest zdecydowanie #BravePanda. Jest przeznaczona dla skóry z niedoskonałościami i zawiera węgiel BioAktywny i zielony bambus. Moja skóra była wyjątkowo oczyszczona i do tego byłam odważną pandą ;) Po jej założeniu czuć delikatne mrowienie, ale nie jest to jakoś mega dokuczliwe. Moja skóra dobrze na nią zareagowała więc ode mnie wielki plus.

OPIS PRODUKTU:
"Maska oczyszczająca na tkaninie #BravePanda błyskawicznie poprawia kondycję skóry. Delikatna tkanina z naturalnej bawełny doskonale dopasowuje się do kształtu twarzy, zapewniając przedłużony efekt działania. Botaniczne składniki aktywne równomiernie wnikają w skórę. Stop nudzie! Baw się pielęgnacją z wesołą maską #BravePanda! Ściąga i odblokowuje pory oraz ogranicza nadprodukcję sebum, zapewniając skórze optymalną równowagę. Bogata w naturalne, botaniczne składniki aktywne: Węgiel BioAktywny– odkrycie w walce z niedoskonałościami! Oczyszcza i działa antybakteryjnie. Pochłania zanieczyszczenia, pozostawia pory czyste i zwężone. Green Bamboo reguluje wydzielanie sebum i matuje skórę."




Na drugim miejscu według mnie jest #CoolKoala czyli maska łagodząca. Zawiera wyciąg z ogórka, a jeśli ktoś kiedyś bawił się w domowe SPA i kładł ogórki na buzie, ten wie, że są one idealne jeśli chodzi o łagodzenie podrażnień i nadanie skórze świeżości. Ale muszę przyznać, że koala wygląda przerażająco na twarzy.

OPIS PRODUKTU:
"Maska łagodząca na tkaninie #CoolKoala błyskawicznie poprawia kondycję skóry. Delikatna tkanina z naturalnej bawełny doskonale dopasowuje się do kształtu twarzy, zapewniając przedłużony efekt działania. Botaniczne składniki aktywne równomiernie wnikają w skórę. Stop nudzie! Baw się pielęgnacją z wesołą maską #CoolKoala! Koi i intensywnie nawilża skórę, łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia. Bogata w naturalne, botaniczne składniki aktywne: Wyciąg z Ogórka odświeża, wygładza i koi skórę. Rozjaśnia cerę, wyrównuje jej koloryt i chroni ją przed przebarwieniami. Pink Pomelo nawilża skórę, redukuje zaczerwienienia i łagodzi stany zapalne."


#LuckySeal to maska nawilżająca, od której wymagałam w sumie najwięcej. Po jej założeniu czuć mrowienie, ale jest to napisane z tyłu na opakowaniu, więc się nie czepiałam. Czuć delikatne nawilżenie, ale szału nie ma. Mam atopową skórę, więc produkty do nawilżenia są niezbędne w mojej codziennej pielęgnacji, jednak po foczkę ponownie nie sięgnę raczej. 

OPIS PRODUKTU:
"Maska nawilżająca na tkaninie #LuckySeal błyskawicznie poprawia kondycję skóry. Delikatna tkanina z naturalnej bawełny doskonale dopasowuje się do kształtu twarzy, zapewniając przedłużony efekt działania. Botaniczne składniki aktywne równomiernie wnikają w skórę. Stop nudzie! Baw się pielęgnacją z wesołą maską #LuckySeal! Intensywnie nawilża skórę, przywraca jej komfort, naturalne rozświetlenie i wyjątkową gładkość. Bogata w naturalne, botaniczne składniki aktywne: Olej Migdałowy – nawilża i ujędrnia skórę oraz wzmacnia jej barierę ochronną. Sprawia, że staje się cudownie miękka w dotyku. Marine Algae – Algi morskie dogłębnie odżywiają skórę i regulują produkcję sebum. Działają przeciwzapalnie, skutecznie hamując wzrost bakterii odpowiedzialnych za powstawanie nowych niedoskonałości."



Maska wygładzająca #WildTiger jakoś najmniej mi podpasowała. Tygrysek na twarzy wygląda uroczo i ciężko się nie uśmiechnąć do odbicia w lustrze. Ma piękny zapach, nie zsuwa się z buzi, ale czuć delikatne mrowienie. Pozostałości szybko wchłonęły po jej zdjęciu, co jest fajne. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że działanie jest średnie. Delikatnie koi i nawilża, ale wygładzenia nie zauważyłam. 

OPIS PRODUKTU:
"Maska wygładzająca na tkaninie #WildTiger błyskawicznie poprawia kondycję skóry. Delikatna tkanina z naturalnej bawełny doskonale dopasowuje się do kształtu twarzy, zapewniając przedłużony efekt działania. Botaniczne składniki aktywne równomiernie wnikają w skórę. Stop nudzie! Baw się pielęgnacją z wesołą maską #WildTiger! Wygładza, ujędrnia i intensywnie nawilża, redukuje szorstkość i przebarwienia. Bogata w naturalne, botaniczne składniki aktywne: Kwas Migdałowy działa antybakteryjnie i złuszczająco. Reguluje odnowę komórkową, poprawia strukturę i koloryt skóry. Łagodzi stany zapalne, goi wypryski i zmiany trądzikowe. Young Oat - proteiny owsiane działają na skórę nawilżająco i łagodząco, przeciwdziałają podrażnieniom i zaczerwienieniom. Są wyjątkowo biozgodne z młodą skórą."


_______________________________

INSTAGRAM : KLIK

niedziela, 30 września 2018

Must READ #5

Dzisiejsza lista książek wartych przeczytania jest przeznaczona dla twórczości wspaniałego autora - Johna Greena. Jest to kultowy pisarz amerykański, którego książki podbijają listy bestsellerów. Myślę, że znacie zarówno autora, jak i jego dzieła, a jeśli nie to zachęcam.



1. "Szukając Alaski" John Green
Ta książka to debiut znanego pisarza. Właśnie ta powieść spodobała mi się najbardziej, głęboko mnie poruszyła. Rozdziały dzielą się na "dni przed" i "dni po". Sugeruje to, że ma wydarzyć się coś ważnego. Narratorem jest Miles, który jest zwykłym, nudnym chłopakiem, do dnia, w którym poznaje nowych przyjaciół. Oczywiście tytułowa Alaska, gra istotną rolę w jego życiu. Muszę przyznać, że uśmiałam się, czytając niektóre kontrowersyjne fragmenty. Nie mogło zabraknąć zaskakującego zakończenia w stylu Greena. Czytelnik zupełnie nie spodziewa się tego, co się stanie. To chyba jedyna książka, jaką do tej pory czytałam, która w jednej chwili zamienia śmiech w płacz. A potem nie można przestać płakać. Powieść wzbudza silne emocje - śmiech, płacz, zaskoczenie. Nie można przejść obok tego obojętnie.


"Życie Milesa Haltera było totalną nudą aż do dnia, gdy zaczął naukę w równie nudnej szkole z internatem. Wtedy spotkał Alaskę Young. Piękną, inteligentną, zabawną, seksowną i do bólu fascynującą. Alaska owinęła sobie Milesa wokół palca,wciągając go do swojego świata i kradnąc mu serce. Czy dzięki niej chłopak odnajdzie te, czego szuka? Wielkie Być Może - najintensywniejsze i najprawdziwsze doświadczenie rzeczywistości."

2. "Papierowe miasta" John Green
Jeśli ktoś wcześniej czytał jakąkolwiek książkę Greena, wie, że zakończenia bywają zaskakujące. "Papierowe miasta" skłoniły mnie do wielu przemyśleń. Margo jest osobą, którą gdzieś, w głębi serca chciałabym być. Zainspirowała mnie do przemyślenia swojego życia. Lektura sama w sobie jest świetna. Wciąga i skłania do refleksji. Jest wiele zabawnych fragmentów z udziałem Quentina i jego przyjaciół. Czasem spontaniczność popłaca. I tak całe życie mamy zaplanowane - szkoła, potem praca, rodzina... Warto jednak czasem podjąć się ryzyka i przeżyć przygodę. Taki właśnie przekaz niesie ta książka. Zachęcam się z nią zapoznać, bo jest o niebo lepsza niż film.


"Quentin Jacobsen - dla przyjaciół Q - ma osiemnaście lat i od zawsze jest zakochany we wspaniałej koleżance, zbuntowanej Margo Roth Spiegelman. W dzieciństwie przeżyli razem coś niesamowitego, teraz chodzą do tego samego liceum. Pewnego wieczoru w przewidywalne, nudne życie chłopaka wkracza Margo w stroju nindży i wciąga go w niezły bałagan. Po czym znika. Quentin wyrusza na poszukiwanie dziewczyny, która go fascynuje, idąc tropem skomplikowanych wskazówek, jakie zostawiła tylko dla niego. Żeby ją odnaleźć, musi przemierzyć setki kilometrów w USA. Po drodze przekonuje się na własnej skórze, że ludzie są w rzeczywistości zupełnie inni, niż sądzimy. Czy dowie się, kogo szuka i kim naprawdę jest Margo?"

3. "Gwiazd naszych wina" John Green
To jest już chyba klasyk. Każdy zna tę historię. Jak nie z książki to z filmu. Jest bardzo ciężka, bo opowiada o umieraniu. Jednak mimo to bywa wesoła. Pokazuje, że wyrok śmierci nie musi być powodem depresji, apatii i zrezygnowania. Można czerpać radość z prostych rzeczy. Książka skłania do refleksji, nie można przejść obok niej obojętnie. Wzruszająca, powodująca płacz. Po jej przeczytaniu potrzeba chwili na oswojenie się z wydarzeniami. Co mogę więcej napisać? Myślę, że to jest zdecydowanie MUST READ.


"Hazel choruje na raka i mimo cudownej terapii dającej perspektywę kilku lat więcej, wydaje się, że ostatni rozdział jej życia został spisany już podczas stawiania diagnozy. Lecz gdy na spotkaniu grupy wsparcia bohaterka powieści poznaje niezwykłego młodzieńca Augustusa Watersa, następuje nagły zwrot akcji i okazuje się, że jej historia być może zostanie napisana całkowicie na nowo"


_______________________


INSTAGRAM : KLIK

niedziela, 23 września 2018

Carbo Detox | Bielenda

Ostatnio coraz więcej kosmetyków zawiera w swoim składzie węgiel aktywny. Jest to środek ceniony w kosmetyce, ponieważ ma właściwości przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze, działa detoksykująco. Ma wszechstronne zastosowania - wybiela zęby, matowi skórę, zwęża pory, zmniejsza łupież, jest stosowany jako lek podczas problemów żołądkowych.

Jednak czy wszystkie kosmetyki zawierające ten składnik, działają cuda?


Kupiłam w Rossmannie, niedrogo, dwa produkty firmy Bielenda z serii Carbo Detox. Nie liczyłam na efekt WOW, bo, umówmy się, kosmetyki drogeryjne, które można kupić za niewielką cenę, nie są idealne. Mimo to mają swoje plusy.


Weźmy na pierwszy ogień Bielenda Carbo Detox serum węglowe. Jak informuje producent jest to:

"Innowacyjne serum węglowe o silnym działaniu detoksykującym. Produkt zawiera w swojej formule aktywny węgiel oraz kompleks witamin - B3, B5, B6, C i E. Serum przeznaczone do pielęgnacji cery problemowej, mieszanej i tłustej. Produkt sprawia, że skóra jest oczyszczana z toksyn. Serum odblokowuje pory, reguluje wydzielanie sebum, oczyszcza i nawilża."

Buteleczka zawiera 30g produktu, jest dosyć mała i przeźroczysta, dzięki czemu widać ciekawą formułę serum oraz ilość zużycia. Sam produkt ma bardzo przyjemny, słodki zapach, dzięki pompce łatwo się aplikuje na twarz. Należy nabrać niewielką ilość i dobrze rozsmarować. Minusem jest to, że pozostawia czarne smugi, przez co nie nadaje się pod makijaż. Moja skóra dobrze reagowała na to serum, twarz wyglądała lepiej, ale żeby cokolwiek zadziałało, niezbędne jest regularne stosowanie rano i wieczorem. Buzia jest czystsza, ale cudów nie robi. Należy też wspomnieć o nawilżeniu. Ja mam atopową skórę, dlatego ten aspekt kosmetyków jest dla mnie istotny i Bielenda zdała egzamin.


Kolejnym produktem od Bielendy jest krem węglowy. Jak zapewnia producent:


  • krem sprawdzi się w pielęgnacji cery tłustej i mieszanej
  • zawiera aktywny węgiel, który głęboko oczyszcza oraz kwas hialuronowy, który nawilża i działa przeciwzmarszczkowo
  • zmniejsza widoczność porów, redukuje poziom sebum, oczyszcza skórę z toksyn
  • produkt nie zmienia odcienia skóry

Osobiście uważam, że ten krem jest lepszy od serum. Słoiczek jest delikatnie grafitowy, zawiera 50 ml kremu. Produkt maa piękny zapach, według mnie kisielu truskawkowego, takiego jeszcze nie zrobionego, w proszku. Ma przyjemną formułę, łatwo się rozprowadza po twarzy, ale znowu ten mankament, że zostawia ciemne smugi. Produkt jest wydajny, szybko się wchłania, zwęża pory i bardzo dobrze nawilża. Minusem jest to, że cera po nim wydaje się tłusta, więc efekt zmatowienia tu nie działa.

Osobiście uważam, że oba te produkty są średnie. Kosmetyki Bielendy bardzo lubię, jednak te wyszły średnio. Szału nie ma. Największym plusem obu tych produktów jest piękny zapach.


__________________________________

INSTAGRAM : KLIK

niedziela, 9 września 2018

Makeup Revolution - kilka nowości w mojej kosmetyczce

Dzisiejszy wpis będzie dotyczył kilku kosmetyków znanej marki - MakeUp Revolution. Myślę, że każdy się z nią kiedyś spotkał, a nawet miał ich kosmetyki. Ja dziś skupię się na czterech. Produkty tej firmy do najdroższych nie należą, mimo to podbiły serca wielu dziewczyn.


Zacznę może od kolorówki. Paletka MUR LOVE THE REVOLUTION. Zawiera 6 kolorów i rozświetlacz w kształcie serca. 4 kolorki matowe i 2 brokatowe. Zamknięte w plastikowym opakowaniu ze złotymi brzegami. Pudełko jest dosyć małe i poręczne, do torebki się zmieści. Kolorki są jak widać stonowane, dosyć uniwersalne. Można nimi zrobić makijaż zarówno na codzień jak i na wyjście. Cienie są dobrze napigmentowane i łatwo się blendują. Są delikatnie masełkowate, troszkę się osypują, ale nieznacznie. Moim zdaniem ta paletka jest łatwa do pracowania z nią, kolory są uniwersalne, dlatego nadaje się dla osób, które zaczynają przygodę z makijażem.






Oprócz tego zaopatrzyłam się także w pędzelek do cieni z Makeup Revolution. Jest to dokładnie pędzelek E102. Ma miękkie włosie, przyjemne w dotyku, skośnie ścięte. Nadaje się do rozcierania granicy między cieniami na powiece oraz do nakładania cienia w załamaniu powieki i w zewnętrznym kąciku oka (ja właśnie do tego go używam). Jest dosyć solidny, włosie jak narazie mi nie wypada.



Zaopatrzyłam się także w dwa specyfiki w dosyć podobnych buteleczkach. MUR PRO FIX oraz MUR PRO HYGIENE. Ten pierwszy to utrwalacz makijażu w buteleczce 100 ml. Według mnie idealnie się sprawdza. Makijaż po jego użyciu wytrzymuje długie dni w szkole. Wiadomo, idealny nie jest, ale też nie należy do najgorszych. Ma specyficzny zapach, który się wielu osobom nie podoba, mi on nie przeszkadza, ale rzeczywiście, mógłby być lepszy pod tym względem. Bardzo ładnie scala makijaż. Mgiełkę należy rozpylić w odległości około 20 cm od twarzy. Moim zdaniem warty swojej ceny.

Natomiast drugi specyfik to antybakteryjny płyn do mycia pędzli. Znajduje się w buteleczce o pojemności 200 ml i również rozprowadza się w formie mgiełki. Ten za to ma bardzo ładny zapach, ale po dłuższym używaniu robi się trochę drażniący w noc. Bardzo dobrze spełnia swoją rolę, pędzle są umyte i pachnące. Należy je jedynie pozostawić do wyschnięcia. Z tym produktem mycie pędzli jest przyjemniejsze. Ja jestem zadowolona.


______________________________

INSTAGRAM : KLIK


niedziela, 2 września 2018

Must READ #4

To już czwarta lista propozycji książek, które przeczytałam, które mi się spodobały i które polecam. Założę się, że o nich słyszeliście albo nawet przeczytaliście. Jeśli tak, dajcie znać co o nich myślicie i piszcie swoje propozycje w komentarzach :)

1. "Zanim się pojawiłeś" , "Kiedy odszedłeś" Jojo Moyes
Historia z tej książki zaczęła być powszechna, kiedy wyszedł film. Ja z ręką na sercu, oświadczam, że nie obejrzałam filmu, dopóki nie przeczytałam książki. Przyznaję, że się wzruszyłam. Zarówno pierwsza, jak i druga część wciąga, zaskakuje i momentami śmieszy. W jednej chwili się śmiejesz, za chwile wylewasz milion łez. To nie jest typowe romansidło, którego fabuła jest tak przewidywalna, że nawet nie trzeba czytać. Wręcz przeciwnie, ale żeby się o tym przekonać, musicie przeczytać.


"Co robisz, jeśli chcesz uszczęśliwić osobę, którą kochasz, ale wiesz, że to złamie twoje serce?
Jest wiele rzeczy, które wie ekscentryczna dwudziestosześciolatka Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka. Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę i zostanie opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat.
Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia. że znajomość z Lou wywróci jego świat do góry nogami i odmieni ich oboje na zawsze."


2. Trylogia "Niezgodna" Veronica Roth
Przeczytałam ją dosyć dawno temu, kiedy jeszcze nie wszystkie części filmu wyszły. Przyznam, że najbardziej podobała mi się "Niezgodna". Kolejnymi częściami są "Zbuntowana" i "Wierna". Cała trylogia trzyma w napięciu i wciąga. Ciekawy pomysł na miejsce akcji, na to jak wygląda świat i jak funkcjonuje. Zdecydowanie spodoba się miłośnikom science-fiction. Mimo to, nie zgadzam się z tym, że ta trylogia jest podobna do "Igrzysk Śmierci". Co prawda główna bohaterka ma wiele podobnych cech do Katniss, ale historia jest zupełnie inna. Musicie przeczytać, żeby się przekonać.


"Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwaga), Erudycja (inteligencja), Prawość (uczciwość), Serdeczność (życzliwość) to pięć frakcji, na które podzielone jest społeczeństwo zbudowane na ruinach Chicago. Każdy przechodzi test predyspozycji, a potem w krwawej ceremonii musi wybrać frakcję. Ten, kto nie pasuje do żadnej, zostaje uznany za bezfrakcyjnego i wykluczony. Ten, kto łączy cechy charakteru kilku frakcji, jest niezgodny - i musi być wyeliminowany...
Jeden wybór może cię zmienić...
Beatrice dokonuje wyboru, który zaskoczy wszystkich. Porzuca Altruizm i swoją rodzinę, by jako Tris stać się twardą, niebezpieczną Nieustraszoną. Będzie musiała przejść brutalne szkolenie, zmierzyć się ze swoimi najgłębszymi lękami, nauczyć się ufać innym nowicjuszom i przekonać się, czy w nowym życiu, jakie wybrała, jest miejsce na miłość. Tymczasem wybucha krwawa walka między frakcjami. A Tris ma tajemnicę, której strzec przed wszystkimi, bo wie, że jej odkrycie oznacza dla niej śmierć..."


3. "Zeznania Niekrytego Krytyka" Maciej Frączyk
To była pierwsza książka Niekrytego Krytyka i jedyna książka youtubera, którą kiedykolwiek przeczytałam. Została napisana dosyć dawno, kiedy jeszcze pisanie książek przez twórców internetowych nie było takie powszechne, dlatego nie jest taka "na siłę", "aby była". Jest lekka, przyjemna, pełna humoru. Łatwa w odbiorze, zawiera komiksowe, karykaturalne obrazki. Myślę, że to urozmaica czytanie. Może nie jesteście fanami Niekrytego Krytyka, ale książka jest łatwa i przyjemna w odbiorze nawet dla osób, które nie znają owego pana. Uznajcie, że to nie jest MUST READ, to bardziej taki powrót do przeszłości.


"Kobieta jest przyszłością mężczyzny, dopóki ten czegoś nie spieprzy. To bardzo bliska przyszłość."

_________________________

INSTAGRAM : KLIK

niedziela, 26 sierpnia 2018

SEMILAC zestaw startowy

Postanowiłam spróbować czegoś nowego. Kupiłam, jakoś pół roku temu, zestaw startowy SEMILAC do manicure hybrydowego. Nie jestem najlepsza w "robieniu paznokci", ale trening czyni mistrza. Na początku wychodziło tragicznie, teraz już jest znośnie. Może za pół roku będzie na tyle dobrze, że nie będę się wstydziła pokazać wam moje wypociny.



Zestaw zawiera:

  • Semilac Base 7 ml
  • 5 x Semilac Color 3 ml (w moim przypadku to numerki 152, 083, 026, 146 i 007)
  • Semilac Top 7 ml
  • Semilac Acetone 50 ml
  • Semilac Nail Cleaner 50 ml
  • Semilac UV LED Lamp 24W
  • 2 pilniczki Semilac Quality (120/180 i 100/180)
  • Blok Polerski Semilac Quality
  • Waciki Bezpyłowe Semilac Quality (250 pcs)
  • Semilac Striper


Taki zestaw kosztował około 200 zł, co w sumie nie jest tak drogo. Podstawowe produkty do manicure hybrydowego już mamy, wystarczy teraz tylko zwiększać umiejętności. Zawartość zestawu jest dobrze zapakowana. Lampę i kabel mamy w oddzielnym pudełeczku, natomiast lakiery i niezbędne płyny na czymś w rodzaju tacki. Pudło, w którym wszystko się znajduje jest na tyle pojemne, że dobrze sprawdza się w przechowywaniu wszystkich produktów tych z zestawy oraz innych, dokupionych indywidualnie.




Mimo że sztuka manicure hybrydowego nie idzie mi najlepiej to dzięki temu zestawowi mogę się doskonalić i mieć ładne paznokcie. Jestem zadowolona z zakupu, Semilac jest bardzo dobrą marką (a niestety mam porównanie z inną). Jeśli zastanawiacie się nad kupnem takiego zestawu startowego to śmiało mogę wam polecić właśnie ten.

Lakiery szybko się utwardzają, kolorki są piękne, lampa jest dosyć mocna. Wystarczy poczytać w internecie (najlepiej na stronie Semilac, tam będzie napisane ile czasu w jakiej lampie trzymać pazurki) jak krok po kroku wykonać taki manicure.

Jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie w komentarzu lub na e-mail. Z chęcią odpowiem i rozwieje wasze wątpliwości.


______________________________

INSTAGRAM : KLIK

niedziela, 12 sierpnia 2018

Słabość do matowych pomadek

Już dawno dawno temu obiecałam wam post o moich matowych pomadkach. Zbierałam, kupowałam, testowałam i nareszcie mi się udało. Ciężko było mi się zebrać do napisania tego wpisu, ponieważ bardzo mi na nim zależy i dlatego muszę się postarać.



Zacznę może od pomadek z Golden Rose. Tej firmy mam najwięcej. Moją pierwszą pierwszą matową pomadką była Golden Rose Matte Lipstick Crayon numerek 15. Aplikacja jest bardzo łatwa, ale szminka sama w sobie do mnie nie przemawia. Kolorek piękny, bardzo nudziakowy, pigment świetny, jednak produkt szybko się ściera i zostawia "smugi" na ustach.



Innymi pomadkami Golden Rose w mojej kolekcji to Longstay Liquid Matte Lipstick. Jest to raczej znana i lubiana seria. Ja uwielbiam te szminki, jestem ich fanką. Mam 3 kolorki : 11, 13 i 15. Aplikator ma bardzo fajny kształt ułatwiający równe malowanie ust, dzięki niemu konturówka jest zbędna. Numer 11 był pierwszy jaki kupiłam. Ma matowe wykończenie jak wszystkie te pomadki, jednak ma w sobie drobinki brokatu, które tworzą coś w rodzaju tafli. Ma nudziakowy kolor podchodzący pod pomarańcz/brąz. Na ustach się pięknie prezentuje. Pozostałe dwa numerki nie mają w sobie drobinek brokatu, są całkowicie matowe. 13 podchodzi pod taki delikatny róż, bardzo go lubię, myślę, że to mój ulubiony kolor, ale stosunkowo szybko się zjada. Jeśli chodzi o ten buraczkowy numerek 15 to zachowuję się jak buraczek. Wszędzie zostawia ślady. Czegokolwiek nie dotkniecie ustami pomalowanymi tym kolorem, to będzie to pobrudzone. Jest mega napigmentowany i intensywny. Raczej polecam go osobom, które mają pewną rękę w malowaniu ust, ponieważ nie łatwo go zmyć. Wszystkie te pomadki szybko wysychają i mają piękne matowe wykończenie.





Przejdźmy teraz do pomadek z Lovely Klips. Myślę, że ta seria jest dosyć znana, między innymi dlatego, że to ewidentna podróbka pomadek od Kylie Jenner. Mimo że to tani zamiennik dosyć drogich i trudno dostępnych produktów, ja jestem z nich bardzo zadowolona. Posiadam dwa kolorki : NEUTRAL BEAUTY i MILKY BROWN. Obydwie przypadły mi do gustu. Ta pierwsza jest dosyć jasna i typowo nudziakowa z lekką nutką różu. Pięknie się prezentuje na ustach. Natomiast druga jest ciemniejsza, delikatnie brązowa, ale przez przesady. Daje cudowny efekt i ja jestem nią zachwycona. Pomadki są w zestawie z pasującą konturówką. Kredka jest miękka i łatwo zarysować nią idealny kształt. Produkty same w sobie są bardzo trwałe, ale z rosołem przegrywają 😊. Uważam, że są warte uwagi i swojej ceny. Szybko wysychają, dając matowe wykończenie. Ja jestem zadowolona.



Teraz jeden wielki bubel, wielkie rozczarowanie - Makeup Revolution Retro Luxe Matte Lip Kit. Do tej pory miałam dobre zdanie na temat tej firmy, ale ten zestaw bardzo mnie zawiódł. Zacznę może od tego, że konturówka przyszła złamana, końcówka jest w okropnym stanie i ciężko się nią malować. Mój zestaw jest w kolorze ECHELON jednak konturówka ma zupełnie inny kolor niż pomadka. Może na zdjęciu nie widać takiej wielkiej różnicy, ale uwierzcie, że na żywo to wygląda okropnie. Konturówka podchodzi pod taki różowo-pomarańczowy, natomiast pomadka bardziej w fiolet, brąz. Na ustach to nie wygląda ciekawie, ponieważ te dwa kolory w żaden sposób się ze sobą nie zlewają. A dodatkowo na ustach nie prezentuje się najlepiej. Szybko się zjada i dziwnie zmienia kolor. Na swatchu jest inna, na ustach jest inna. Nie wiem już nawet co to za kolor, ale więcej kolorków z tej serii nie kupię.




I na koniec coś przyjemnego. Jedna z moich ulubionych pomadek - Mua Luxe Velvet Lip Lacquer kolor TRANQUILITY. Po prostu coś pięknego. Ma niesamowity owocowy zapach, kolor podobny do pomadki z Golden Rose numerek 13, tyle że ta delikatnie wchodzi w brąz. Na ustach prezentuje się cudownie, długo się trzyma i szybko wysycha, a wykończenie jest idealne. Nie wysusza ust, a malowanie jest bardzo łatwe i przyjemne dzięki cienkiemu aplikatorowi. Co mogę więcej o tej pomadce napisać? Jest świetna i mam nadzieję, że inne kolory są równie dobre.




___________________________

INSTAGRAM : KLIK